Jesteś tutaj: Start > O wolontariacie > Portrety wolontariuszy
Poniżej przedstawiamy portrety osób pomagających w hospicjach przesłane nam przez koordynatorów wolontariatu z całej Polski.
HOSPICJUM CHOJNICE
Kinga i Agnieszka Pawlak: Bliźniaczki od aniołów
Kinga i Agnieszka Pawlak są uczennicami trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego w Chojnicach. Pomimo licznych obowiązków związanych z przygotowaniami do matury, nie zrezygnowały z udzielania pomocy hospicjum domowemu. Wolontariuszkami w Towarzystwie Przyjaciół Hospicjum są od września 2006 roku. Od początku wolontariatu aktywnie włączają się w prace na rzecz hospicjum poprzez własnoręczne przygotowywanie okolicznościowych kartek dla podopiecznych, dobrodziejów i wszystkich zaprzyjaźnionych z TPH. Każdy wolontariusz ma do wykonania określoną liczbę kartek, tymczasem bliźniaczki z własnej woli przygotowują je zawsze w podwójnej ilości. Obecnie doszły do takiej perfekcji, że wykonywane przez nie kartki prawie nie różnią się od tych, które można kupić w sklepie. Podobną wprawą Kinga i Agnieszka wykazały się przy wyrabianiu ponad 150 gipsowych aniołów na organizowany wiosną tego roku festyn charytatywny na rzecz hospicjum. Oczywiście bliźniaczki nie zatrzymują swoich umiejętności tylko dla siebie, lecz przekazują je innym wolontariuszom. Nie myślcie jednak, że praca naszych wolontariuszek sprowadza się wyłącznie do masowej produkcji kartek i gipsowych figurek aniołów. Znaczną część swojego wolnego czasu poświęcają również na odwiedzanie chorych pacjentów. Z wielkim zaangażowaniem i radością podejmują się opieki nad mamą i córką, które poruszają się na wózkach inwalidzkich. Kinga i Agnieszka spieszą z pomocą nie tylko osobom starszym. W minionym roku systematycznie kilka razy w tygodniu pomagały w nauce 9-letniemu sparaliżowanemu Filipowi. Dzięki poświęconemu mu czasowi nasz mały pacjent poczynił znaczne postępy, które nie umknęły uwadze jego nauczyciela. Bliźniaczki systematycznie pomagają również podopiecznym warsztatów terapii zajęciowej. W ramach wolontariatu podejmują także pracę w biurze hospicjum. Tak rozległa działalność zewnętrzna Kingi i Agnieszki nie byłaby możliwa, gdyby nie idący z nią w parze rozwój ich życia wewnętrznego. Nasze wolontariuszki w każde wakacje uczestniczą w rekolekcjach wspólnotowych, często przystępują do sakramentów św., dbają o codzienną modlitwę. Wszystko, co robią bliźniaczki, nie odbywa się kosztem obowiązków rodzinnych i domowych (których nie brakuje, gdyż pochodzą one z siedmioosobowej rodziny) ani też szkolnych – w tym roku szczególnie związanych z przygotowaniami do matury. O ile o swojej aktywności w hospicjum Kinga i Agnieszka mówią niechętnie, o tyle dużo chętniej po prostu działają.
Sandra Zabrocka: Zapomnieć siebie dla innych
Sandra Zabrocka jest uczennicą drugiej klasy gimnazjum w Chojnicach. Od 2006 roku należy do Towarzystwa Przyjaciół Hospicjum. Na pierwszy rzut oka nic nie wyróżnia Sandry spośród jej rówieśników. Podobnie jak oni chodzi do szkoły, podobnie jak wielu z nich uprawia sport (trenuje piłkę ręczną i uczestniczy w zajęciach z gimnastyki). Jest pogodną, cieszącą się życiem nastolatką. Tymczasem przy bliższym poznaniu okazuje się, że Sandra ma poważne kłopoty ze wzrokiem: zupełnie nie widzi na jedno oko i w każdej chwili może stracić wzrok w drugim. Dlatego też od jakiegoś czasu uczy się alfabetu Brailla. Poważne problemy zdrowotne Sandry nie uczyniły z niej osoby zamkniętej na potrzeby innych ludzi. Wręcz odwrotnie – tym chętniej nasza wolontariuszka spieszy z pomocą wszystkim potrzebującym. Jak sama podkreśla, ma świadomość, że w każdej chwili może zupełnie stracić wzrok, dlatego chce jak najlepiej wykorzystać czas, w którym dane jest jej widzieć. Na czym polega praca Sandry w hospicjum? Jej szczególnym zadaniem jako wolontariuszki jest poszukiwanie i pozyskiwanie dobrodziejów dla TPH oraz utrzymywanie z nimi stałego kontaktu. Do jej najważniejszych „osiągnięć” w tym zakresie należy pozyskanie bardzo wielu sponsorów wspomagających organizację festynu charytatywnego „Aniołowo”, który odbył się wiosną tego roku. Sandra dzieli się również z hospicjum swoimi zdolnościami manualnymi. Wraz z dwiema innymi wolontariuszkami bierze udział w „masowej produkcji” kartek okolicznościowych dla pacjentów hospicjum oraz dobrodziejów i przyjaciół TPH. W ramach organizacji festynu „Aniołowo” włączała się aktywnie w prace nad wykonaniem gipsowych figurek aniołów, które później sprzedawaliśmy za symboliczną złotówkę. Sandra nie żałuje również swojego wolnego czasu na dyżury w biurze hospicjum oraz na regularną pomoc podopiecznym warsztatów terapii zajęciowej. Od Sandry jako wolontariusza można nauczyć się przede wszystkim postawy całkowitego zapomnienia o sobie i własnych problemach. Choć Sandra sama mogłaby spodziewać się od innych szczególnego zainteresowania z powodu jej poważnych kłopotów ze wzrokiem, woli obdarzać nim bardziej potrzebujących.
HOSPICJUM LUBLIN
Janek Bartoszek: Autostopem do chorego
Janek pochodzi z Dobrowoli koło Kraśnika, jest studentem II roku kulturoznawstwa, związany z teatrem jako miłośnik i pracownik za jego kulisami. Jeździ do pacjentów mieszkających daleko od Lublina. Jeśli nie ma bezpośredniego dojazdu do ich domu, jedzie stopem albo autobusem i dalszy etap pokonuje pieszo, czasem nawet przez rozległe pola. Jest barwną postacią, o wielu pasjach i zainteresowaniach. Zajmuje się pszczelarstwem, które nazywa oazą spokoju po dniach pełnych zgiełku i pracy od rana do wieczora. Janek wysyłany jest tam, gdzie nie każdy wolontariusz mógłby się odnaleźć. Jeździ do rodzin, które poza chorobą dziecka borykają się z poważnymi problemami rodzinnymi (trudna sytuacja mieszkaniowa, finansowa, problemy wychowawcze). Janek ma umiejętność dostosowywania się do warunków, jakie narzuca mu otoczenie. Z ekstrawersyjnym nastawieniem do świata bez trudu nawiązuje nowe kontakty. Chętnie koordynuje pracę młodszych kolegów w wolontariacie akcyjnym. Zajmuje się także doradztwem w zakresie zdrowego stylu życia i profilaktyki zdrowia. Praca w Hospicjum jest dla niego czymś więcej niż pomocą drugiemu człowiekowi – jest częścią stylu życia i filozofii Cywilizacji Miłości.
Monika Borowiec: Nie daj się zrazić do pomocy
Monika pochodzi ze Skarżyska – Kamiennej, jest studentką IV roku Instytutu Nauk o Rodzinie w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracuje także jako asystentka stomatologiczna w jednym z lubelskich gabinetów. O Hospicjum usłyszała w trakcie Święta Młodzieży na Górze Świętej Anny, gdzie o. Filip, założyciel Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci, przybliżał słuchaczom specyfikę tej instytucji. Nie przeszła pierwszych testów kwalifikacyjnych. Mimo złości jaką wtedy odczuwała, przystąpiła za pół roku do kolejnych i wtedy się udało. Długo czekała na swojego pierwszego podopiecznego. W tym czasie ciągle jednak była w Hospicjum, sama prosiła o jakąś pracę. Obecnie jeździ do drugiej podopiecznej. Jest koordynatorem jednej z grup wolontariuszy. Każdą mszę świętą ubogaca przygotowaną oprawą muzyczną (gra na gitarze i pięknie śpiewa). Ma wiele pomysłów, jak jeszcze można usprawnić pracę wolontariuszy lub pozyskać fundusze. Przed świętami czy koncertami lepi milutkie figurki z masy solnej, które rozchodzą się w trakcie imprezy jak ciepłe bułeczki. Przez wolontariat w Hospicjum nauczyła się szacunku do życia, radości z każdej jego chwili, umiejętności dzielenia się uczuciami wtedy, kiedy się pojawiają, bez odkładania tego na później. Tu w Hospicjum zobaczyła też, że ważny wspólny cel jednoczy ludzi zupełnie od siebie różnych, którzy bez tego celu stanowiliby obok siebie „mieszankę wybuchową”.
HOSPICJUM CZECHOWICE-DZIEDZICE
Pani Róża: Anioł i Pani Róża
Niezapomniane przeżycia jakie daje mi książka E. Schmitta „Oskar i pani Róża” niespodziewanie dopełniło życie. To już nie literacka postać ale rzeczywistość nieobleczona pięknymi wzruszającymi słowami, lecz utkana prostymi, zwyczajnymi czynami, wielokrotnie powtarzanymi. Ta zadziwiająca kobieta to też Róża, znacznie młodsza od tej książkowej. Mieści się w kategorii wolontariuszy 50 plus. Nie deklarowała się jako wolontariusz, nie przeszła żadnych szkoleń. To, co robi nie wynika z jakichś powinności. Zapytana, dlaczego 2-3 razy w tygodniu idzie do szpitala na oddział przewlekle chorych mówi, że tak się zdarzało w jej życiu, że ciągle ktoś chory potrzebował pomocy. W naszym hospicjum pomocy pani Róży ktoś potrzebuje już od 4 lat. Cztery lata to 208 tygodni, 2-3 odwiedziny w tygodniu dają w sumie przeszło 500 razy. Za każdym razem pani Róża musi się wybrać, dojechać do szpitala, przygotować czy kupić coś, co ucieszy, pokrzepi. W pokoju czekają trzy chore. Róża przynosi nie tylko to, co dla ciała, przynosi dla nich głębszą radość, głębszą słodycz. Wita się z nimi, poprawia pościel na łóżku, wygładza poduszkę, często ułoży fryzurę i szczodrze obdarzy uśmiechem. Opowiada o wydarzeniach i wspólnie się z nimi modli. Zdarza się, że i w tej małej społeczności powstają nieporozumienia – wtedy Róża wszystko wyciszy, załagodzi i przywróci zgodę. Róża potrafi rozmawiać o śmierci spokojnie i przyjaźnie, bo cechuje ją głęboka wiara i przekonanie, że tam kiedyś się spotkamy ze swoimi bliskimi. Ostatnio wezwanie do chorego przyszło z dalekiej Szkocji. W Edynburgu mieszka od zakończenia wojny wujek Róży, żołnierz Armii Andersa. Ma 84 lata. Gdy dowiedziała się, że jest w szpitalu, natychmiast postanowiła tam pojechać. Jej przyjazd zadziałał już jak najlepsze lekarstwo, ale Róża wie, co więcej można zrobić dla chorego: zauważyła opuchnięte nogi – masaże pomogły. Trzeba było wykąpać, ogolić, ostrzyc, wyklepać po plecach. Chory poczuł, że jest kochany. Ten twardy żołnierz ze łzami w oczach powiedział: dziękuję Ci, mój aniołeczku. To prawda, bo każdy kto z miłości tak długo, tak ofiarnie pomaga, zasługuje na miano ziemskiego anioła.
HOSPICJUM TYCHY
Grażyna Buchowiecka: Wolontariusz poeta
Od 7 lat pomaga w hospicjum – jest wolontariuszem chodzącym do domu chorego, dba o jego ciało oraz duszę. Dzięki niej wielu chorych tuż przed śmiercią pogodziło się z Bogiem. Jest bardzo oddana i chętna do wszystkich akcji: pomaga przy roznoszeniu poczty, załatwia sponsorów (ciasta, pieczywo, słodycze, nawet ciepłe posiłki jako poczęstunek dla młodzieży pomagającej nam podczas kwesty 1 listopada) Jest osobą zawsze uśmiechniętą, pisze wiersze.
Helena Zalega: Generał w hospicjum
W hospicjum pomaga już 10 lat. Pracuje jako wolontariusz opiekujący się chorym w jego domu. Jest bardzo energiczna i chorzy jej słuchają, dlatego też nazywana jest przez naszych lekarzy “Generałem”.
Antoni Chudzikowski: Samochód ukradli, pieszo też można pomagać
Bardzo pogodny człowiek, który pomaga hospicjum już od 10 lat. Służył swoim samochodem, przewożąc chorych, wolontariuszy oraz różne potrzebne przy naszych akcjach przedmioty, jednak gdy ukradziono mu auto, chodzi do chorych pieszo. Ma bardzo bogaty życiorys i mógłby opowiadać o swoich przygodach godzinami.
HOSPICJUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W GLIWICACH
Ula Garbowska: Hospicjum to tez radość
Ula Garbowska ma 14 lat i uczy się w drugiej klasie gliwickiego gimnazjum. Do Hospicjum trafiła prawie rok temu, bo, jak mówi, nakłoniła ją chęć niesienia pomocy innym, nie chciała pozostawać obojętna wobec ludzi znajdujących się tam. Ula uważa, że hospicjum nie jest miejscem, gdzie ludziom towarzyszy jedynie smutek, nieraz żartuje sobie razem z pacjentami. Chorzy opowiadają jej często o swojej przeszłości i rodzinie – wtedy poznaje bliżej pacjenta i przyznaje, że to właśnie ją cieszy. „Ogromna radość pojawia się w tobie kiedy widzisz, że uśmiech na twarzy chorego to twoja zasługa” – mówi. Najmilszym moim wspomnieniem Uli jest sytuacja ze Świąt Bożego Narodzenia, kiedy przyszła w odwiedziny wraz z inną wolontariuszką, przyniosły ciasto i rozdały je pacjentom. „Pacjenci byli tak zadowoleni i radośni, nie da się tego opisać, ale widok naprawdę niesamowity – opowiada. – Mam nadzieję, że wytrwam jako wolontariuszka w Hospicjum jak najdłużej.”
Bartosz Cupiał: Fajnie, że jesteś Bartek ma 17 lat. Chodzę do II klasy I LO w Gliwicach. Wolontariuszem jest od kilku miesięcy, namówiła go Kasia – inna wolontariuszka. Decydując się na zostanie nim, zupełnie nie miał pojęcia, jak jest w Hospicjum i jak wygląda praca wolontariusza. Opowiada, że już na początku okazało się, że to dom, w którym są sami wspaniali, życzliwi, często otwarci ludzie. Przebywając w Hospicjum, zauważył, że ludzie obdarzają siebie nawzajem życzliwością, zauważył wzajemne wsparcie i zgodę. „Mimo że to tylko parę miesięcy, czuję się potrzebny, czuję, że mogę choćby odrobinę pomóc tym ludziom. Także ja ich potrzebuję” – mówi. Bartek przywiązał się do pacjentów i cieszy się, kiedy może z nimi przebywać. Radość sprawia mu, kiedy na powitanie słyszy: „Fajnie, że jesteś”. Teraz z uśmiechem wspomina sytuacje z początków swojej pomocy w hospicjum, kiedy chciał zapoznać się z osobami w hospicjum. Często zapadała niezręczna cisza i był przekonany, że nie bardzo mu to wychodziło. Opowiada o zabawnych sytuacjach, kiedy w ciągu dwóch godzin robi zakupy cztery razy w tym samym sklepie. Ale przyznaje, że oprócz tych wesołych momentów, w pracy wolontariusza są i mniej wesołe, i naprawdę smutne. Mimo wszystko cieszy się, że może dać coś od siebie, choćby – jak mówi – było tego niewiele.
Dariusz Kisło: Najlepszy prezent urodzinowy Dariusz Kisło ma 37 lat , a od 15 pomaga osobom starszym, chorym i sprawnym inaczej. 30 sierpnia 2001 roku zaczął pracę jako wolontariusz w Hospicjum Miłosierdzia Bożego w Gliwicach. Właśnie w tym dniu obchodził swoje urodziny, i jak mówi, patrząc z perspektywy ostatnich lat, tym sposobem sprawił sobie najlepszy prezent urodzinowy w życiu. Od tych sześciu lat nie obchodzi urodzin w domu, tylko w hospicjum z pacjentami oraz personelem hospicyjnym. Jego praca w hospicjum zaczęła się od naprawienia telewizora w sali pacjentów. Teraz, już jako starszy wolontariusz, pomaga w tworzeniu wolontariatu niemedycznego, a także w sprawach biurowych związanych z wolontariatem. „Największą satysfakcją z pracy w hospicjum jest dla mnie szczere słowo Dziękuję usłyszane od pacjenta lub jego rodziny” – mówi.
Stefan Jachnik: Pomimo cierpienia Stefan Jachnik ma 60 lat. Jest najstarszym wolontariuszem w hospicjum Miłosierdzia Bożego w Gliwicach. Od 6 lat pomaga jako wolontariusz medyczny. Wykorzystuje swoje umiejętności zdobyte na kursie dla sanitariuszy i doświadczenia z pracy zawodowej w kopalni, gdzie pracował w zawodzie sanitariusza. Stefan Jachnik zetknął się po raz pierwszy z hospicjum pół roku od jego powstania. Opiekował się wtedy swoją żoną, która zachorowała na nowotwór złośliwy i trafiła do gliwickiego hospicjum. „Kiedy po odejściu mojej żony dyrektor hospicjum zaproponował mi abym został wolontariuszem, pomyślałem sobie, że już nigdy więcej nie chcę być świadkiem takiego cierpienia” – wspomina. Nie minęły jednak trzy dni, a już sam otwierał ponownie drzwi hospicjum, jako wolontariusz. Zaskoczony sympatią ze strony pracowników, zobaczył, że w hospicjum jest miejsce na radość, uśmiech oraz ciepłą, serdeczną atmosferę. „A przede wszystkim dostrzegłem, że hospicjum to także życie, więc po prostu jestem” – dodaje.
Sylwia Król: Pomoc to nic nadzwyczajnego Sylwia ma 37 lat i jest wolontariuszką w Hospicjum Miłosierdzia Bożego w Gliwicach od marca tego roku. Jest zwyczajną kobietą – jak sama przyznaje, czasem bardzo wesołą i szczęśliwą, czasem troszkę mniej. Jak każdy z nas miewa w życiu chwile dobre i złe. Mówi, że ma wspaniałych przyjaciół, kochającą rodzinę i ukochaną córeczkę, która wymaga wiele opieki i której poświęca znaczną część swojego czasu – dlatego też nie uważa, że pomoc drugiemu człowiekowi jest czymś nadzwyczajnym. Wręcz przeciwnie – według Sylwii, ona jest a przynajmniej powinna stać się normą dla każdego z nas. Sylwia po prostu lubi ludzi. W każdym człowieku widzi, chce zauważyć jego niepowtarzalność, jego piękno. „Wiele razy odkryłam w innym człowieku dobro schowane przed nim samym. Jesteśmy tyle warci ile dajemy z siebie innym” – uważa.
FUNDACJA GAJUSZ. HOSPICJUM DOMOWE DLA DZIECI ZIEMI ŁÓDZKIEJ
Judyta Tomczak – Judyta z Zielonego Wzgórza
Judyta jest z nami w hospicjum już rok. Przypomina Anię z Zielonego Wzgórza; mała, drobna z burzą rudych włosów i nieposkromioną energią.
Mieszka 30 km od Łodzi, w małej wiosce otoczonej lasami i pagórkami. Uważa, że to najpiękniejsze miejsce na świecie. Do najbliższego przystanku autobusowego ma 3 km. Codziennie dojeżdża do Łodzi na uczelnię. Studiuje dwa kierunki – slawistykę i europeistykę. Bierze udział we wszystkich akcjach charytatywnych. W maju br. zapowiadała koncert A. Rojka, w październiku opowiadała o swoim podopiecznym przed występem Uli Dudziak. W fundacji czuje się jak w domu, spożywa posiłki, sprząta, zmywa. Koordynator zawsze może na nią liczyć, gdy inni zawiodą lub nie mają czasu.
Opiekuje się Adasiem. Nikt tak pięknie jak ona nie potrafi o nim opowiadać. Dla lekarzy Adaś jest dzieckiem bez kontaktu. Judyta twierdzi, że patrzy na nią uważnie błękitnymi oczami i uśmiecha się właśnie do niej. Zrobiła mu wiele wspaniałych zdjęć i z dumą pokazuje wszystkim swojego Adasia. Dziękuję Ci Judytko, że jesteś z nami.
ZACHODNIOPOMORSKIE HOSPICJUM DLA DZIECI – SZCZECIN
Irmina Ślączka – nowe barwy od hospicjum
Irmina Ślączka pochodzi z Recza, małej miejscowości na styku województwa zachodniopomorskiego i lubuskiego. Studiuje stosunki międzynarodowe na Wydziale Humanistycznym na Uniwersytecie Szczecińskim.
Wolontariuszką Fundacji Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci jest od kwietnia 2007 roku. Swoją przygodę z wolontariatem zaczęła jednak znacznie wcześniej. Impulsem do zaangażowania się w taką działalność była opowieść jej kolegi na temat reportażu o wolontariuszach z Fundacji Simba Friends. Ciężko było się jednak zdecydować, której ze szczecińskich organizacji pomóc. Przyjaciółka Irminy poleciła Fundację Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci – i tu Irmina znalazła miejsce dla siebie. Na początku były obawy, że nie znajdzie odpowiedniej motywacji by pomagać dzieciom, ale pierwsza wizyta na oddziale onkologii dziecięcej rozwiała jej wątpliwości i dziś nie wyobraża sobie, że mogłaby robić coś innego.
Współpraca z Fundacją nie kończy się na odwiedzaniu dzieci w szpitalu. Irmina stara się brać udział w różnych akcjach, które są organizowane przez Zachodniopomorskie Hospicjum dla Dzieci. Aktywnie uczestniczyła w II Pikniku Rodzin Hospicyjnych, a także w konferencji „Wymiana doświadczeń i rozwój współpracy polsko-niemieckiej na gruncie medycyny paliatywnej” oraz w koncercie „Głosy dla hospicjum” w ramach kampanii „Hospicjum to też Życie”. To ona była główną koordynatorką z ramienia wolontariuszy zamieszania, które udało nam się zrobić na Wałach Chrobrego 4 listopada, w ramach Flash Mob. Dzięki naszemu poleceniu Irmina wyjechała jako wolontariuszka na międzynarodowy, letni obóz do Niemiec.
Dla Irminy wolontariat hospicyjny jest bardzo ważnym doświadczeniem życiowym. Uważa, że zanim zaczęła pracę wolontarystyczną jej życie było jednobarwne, a liczyła się przede wszystkim nauka. Teraz jest inaczej. Irmina czuje się potrzebna osobom, którym pomaga, uczy się od nich całkiem innego spojrzenia na świat.
STOWARZYSZENIE OPIEKI PALIATYWNEJ ZIEMI ZAWIERCIAŃSKIEJ
Bożena Siennicka – Gajecka – autoportret wolontariuszki
Rola wolontariuszki interesowała mnie od dawna. Pomaganie chorym, potrzebującym i często osamotnionym daje mi duże spełnienie osobiste. Potrafię zrozumieć każdego chorego i ofiarować mu wsparcie w najtrudniejszych chwilach i załamaniach. Empatyczne zachowanie wobec pacjentów spowodowane jest między innymi moją chorobą nowotworową, z którą żyję dwudziesty rok. Doskonale znam poczucie strachu, lęku i stanów depresyjnych jakie towarzyszą takim ciężkim chorobom. Jednak najważniejsza w chorobie jest chęć życia! Osobiście, energii życiowej i siły dodaje mi prowadzenie gospodarstwa agroturystycznego w Siamoszycach. Nowe cele i wytyczone zadania wokół takiego gospodarstwa i opieka nad własnymi zwierzętami pomaga mi pozytywnie myśleć w trudniejszych dniach. Podczas leczenia często spotykałam różnych lekarzy, profesorów , jednak w momentach kryzysu musiałam sobie radzić sama, aby się nie poddać chorobie. Dlatego moja pomoc dla ludzi chorych, jest również dla mnie pewnego rodzaju wyzwaniem, bo dopóki ja nie wymagam pomocy, chcę pomagać innym.
HOSPICJUM W CHORZOWIE
Irena Wilczyk
Dlaczego jestem wolontariuszem hospicyjnym? Było to w 1998 roku, kiedy to w Kościele Św. Józefa w Świętochłowicach ks. Proboszcz Czesław Centner ogłosił: „Przy naszej parafii powstaje Hospicjum Domowe, potrzebni lekarze, pielęgniarki, wolontariusze niemedyczni”. Uniesiona porywem serca przyszłam na pierwsze wyznaczone zebranie. Założycielką, a później prezesem hospicjum była p. Krystyna Rawska. Kapelanem i ojcem duchowym był nasz ks. proboszcz i dziekan Czesław Centner. Rozpoczęła się formacja całego zespołu: zebrania, szkolenia, staże praktyczne w hospicjach np. w Mysłowicach, w Krakowie, Katowicach.
W 1999 roku zaczęliśmy funkcjonować jako Stowarzyszenie Hospicjum Świętochłowickie. Później, w 2000 roku zostaliśmy zarejestrowani jako Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej pod kierownictwem dr Hanny Odorkiewicz Sikocińskiej z Katowic. Razem z nią miałam szczęście sprawować opiekę domową przy chorych. Stanowiliśmy cały zespół, w którym czułam się bardzo dobrze, potrzebna ludziom terminalnie chorym. Pracowałam również w biurze Hospicjum. Pełniłam dyżury, wypełniałam karty chorych, przyjmowałam zgłoszenia do opieki. Satysfakcją było to, że chorzy oczekiwali nasz niecierpliwością, radością w oczach. Ten uśmiech chorego i to „dziękuję za wszystko” dodawały nam otuchy i chęci do dalszej pracy. Mimo tej radości i wdzięcznego uśmiechu posługa i ogrom ludzkiego uśmiechu zaczęły mnie przygniatać. Darem i pomocą zrozumienia wielu spraw okazały się Rekolekcje dla Hospicjantów prowadzone przez Ks. Eugeniusza Dudkiewicza, Ogólnokrajowego Duszpasterza Hospicjów. Równie korzystnie ukierunkowały mnie konferencje, szkolenia, sympozja i spotkanie na forum Ogólnopolskiego Ruchu Hospicyjnego. Delegacja na konferencję w Łodzi pod opieką arcybiskupa Zioło pozwoliła mi zrozumieć wiele istotnych spraw o posłudze hospicyjnej jako o szczególnym powołaniu w Kościele. Zrozumiałam, że do posługi hospicyjnej nie wystarczy przygotowanie medyczne i psychologiczne. Potrzebna jest też stała formacja duchowa, szukanie pomocy w modlitwie osobistej i wspólnotowej, poprzez którą wypraszamy Boże Błogosławieństwo i skuteczność naszego działania. Modlitwa pomaga zrozumieć posługę hospicyjną jako spotkanie z Chrystusem ukrzyżowanym, obecnym w cierpiącym człowieku. W roku 2000/2001 ukończyłam edukację podyplomową w zakresie Opieki Paliatywnej w Wojewódzkiej Przychodni Leczenia Bólu i Medycyny Paliatywnej. Niestety, z powodu braku umowy z NFZ oraz braku lekarza prowadzącego Hospicjum Świętochłowickie zakończyło działalność w 2003 roku. Kierowana chęcią pomocy bliźnim cierpiącym, aby pochylić się nad tajemnicą cierpienia, po 3 letniej przerwie od 2006r jestem wolontariuszem Hospicjum Stacjonarnego w Chorzowie, prowadzonym przez p. dr Barbarę Kopczyńską.
HOSPICJUM SOSNOWIEC
prof. Maria Z.Pulinowa – intelektem i poezją
Jest osobą, która w sposób szczególny wspiera sosnowiecką wspólnotę hospicyjną. Ze względu na swoje profesjonalne zaangażowanie i ogromną zawodową aktywność (praca dydaktyczna ze studentami, praca badawcza i naukowa), nie jest w stanie włączać się do opieki nad chorymi bezpośrednio przy łóżku. Zresztą, nie wiadomo, czy jej konstrukcja psycho-fizyczna pozwalałaby zmierzyć się z trudnościami, które wiążą się ściśle ze sprawowaniem codziennej opieki nad ciężko chorymi, choć w swoim życiu osobistym dowiodła już niejeden raz, że radzi sobie świetnie z największymi i najcięższego kalibru trudnościami – sama przez jakiś czas opiekowała się swoim mężem chorym na chorobę nowotworową.
Pani profesor, podejmuje wiele własnych inicjatyw w celu rozpowszechnienia idei opieki hospicyjnej a zwłaszcza roli wolontariatu w rozwijającym się w Sosnowcu dziele hospicyjnym. Pani profesor oprócz pracy naukowej w dziedzinie geografii, pisze również poezję i w ubiegłym roku ofiarowała na rzecz hospicjum w Sosnowcu kilkadziesiąt tomików swojej twórczości pod tytułem „Dar codzienności”. Nieistotny był tu finansowy wpływ ze sprzedaży tych tomików, ale wszystko to, co działo się wokół tzn. samo wystąpienie darczyńcy na mszy św. akademickiej i ofiarowanie na ręce pani prezes hospicjum swojego dorobku artystycznego. Darczyńca powiedziała przed szerokim gremium akademickim (a frekwencja w tym kościele jest zazwyczaj bardzo ogromna) o potrzebie opieki hospicyjnej nad chorymi terminalnie, nad chorymi, którzy wymagają absolutnie odmiennego traktowania niż każdy inny chory, o tym, że empatia, wrażliwość i czas to wartości, których nic nie jest w stanie zastąpić w terminalnym okresie choroby nowotworowej.
Pani profesor weszła w hospicyjną wspólnotę delikatnie, praktycznie niezauważenie. Kiedy wolontarialnym wysiłkiem powstawała książeczka z okazji 10lecia hospicjum w Sosnowcu, zaofiarowała swoją pomoc w jej redagowaniu, a ponadto napisała do niej wprowadzenie. Zgrabnymi zdaniami, iście lekkim piórem nakreśliła słowa, które utkwiły w sercach ich czytelników. Wprowadzenie swoje zakończyła własnym wierszem:
Pani profesor nie służy chorym wprost, nie uczestniczy regularnie w comiesięcznych spotkaniach wolontariuszy, ale wspiera zespół hospicjum moralnie, intelektualnie, finansowo, rozsławiając ideę opieki hospicyjnej w swoim mieście.
Tomasz Sadowisk – anioł w todze
Młody, przystojny mężczyzna, który mimo swojej aktywności zawodowej, pracy naukowo-dydaktycznej, znajduje czas na służenie naszym chorym, głównie w kontekście tego „układania” i „ostatecznego załatwienia” wszystkich spraw u kresu życia. Nasz prawnik raz w miesiącu ma swój dyżur w siedzibie, służy wtedy radą nie tylko chorym, ale również ich rodzinom. Są jednak sytuacje uniemożliwiające przybycie zainteresowanych do siedziby, wtedy nasz wspaniały prawnik umawia się i składa wizytę w domu chorego. Profesjonalizm, ale też ogromna życzliwość sprawia, że jego pomoc jest wyjątkowa nie tyczy się tylko znalezienia jakiegoś rozwiązania prawnego, podsunięcia możliwości załatwienia jakiejś sprawy, podania wykładni prawnej, ale obejmuje również takie czynności jak napisania pisma, pozwu, osobistego reprezentowania chorego po otrzymaniu upoważnienia od niego itd., itp. – po prostu „anioł świetnie znający się na prawie”.
Hanna Grunwald – dentysta niesadysta
Kochana pani Hania – delikatna, wrażliwa zawsze uśmiechnięta – nie odstrasza chorego nawet z kleszczami do ekstrakcji zęba w ręku. Chorzy ją uwielbiają, nie tylko za to, że leczy na ile się da i na ile jest to możliwe w warunkach domowych, ale wykonuje zabiegi protetyczne wespół z zaprzyjaźnionym technikiem dentystycznym, polegające na uszczelnianiu, dopasowywaniu protez. Cóż to za komfort, gdy klepiąca, niespełniająca w żaden sposób swojej roli sztuczna szczęka zamiast w jamie ustnej chorego zalega szufladę: „nie jadłem, bo nie miałem czym, a nie jedząc chudłem i wyglądałem jak trup z zapadniętymi policzkami, dopiero pani Hania poprawiła mój wygląd wypełniając moją gębę dopasowaną szczęką, a i apetyt jakoś wrócił gdy miałem już czym rozdrabniać pokarm” – mówił jeden z naszych chorych.
Przedstawiliśmy naszym zdaniem takich wolontariuszy, jakich być może nie ma w innych hospicjach, albo jeśli są, to są na wagę złota. Tymi przykładami pracy całkowicie wolontaryjnej na rzecz chorych hospicyjnych chcieliśmy pokazać, że każdy, kto tylko jest otwarty na potrzeby drugiego, ma w sobie dużo życzliwości a choćby tylko odrobinę czasu, może zrobić dużo dobrego dla chorych hospicyjnych. Zawsze jest coś, co jeszcze możemy zrobić dla chorego, nawet jeśli nic konkretnego, to możemy poczuwać, ofiarowując mu tylko czas, tylko albo aż, wszak czas jest największą wartością, którą możemy się z chorym podzielić. W naturze ludzkiej leżą ogromne pokłady dobra, trzeba tylko umieć je wydobyć!!! Gdyby każdy z ludzi włączył się tylko w jakimś maleńkim stopniu własnym talentem w jakieś dobre dzieło, to na świecie nie istniałyby sprawy społeczne niezałatwione, a morze ludzkich potrzeb byłoby zaspakajane właśnie w taki prosty, zwyczajny sposób, w odruchach ludzkiej życzliwości.
HOSPICJUM WE WŁODAWIE
Aneta Esko, licealistka – cudowne “dobrze, że jesteś”
Każdy człowiek potrafi okazywać dobroć, potrafi nieść pomoc i ofiarować swoje serce. Wystarcza tylko chęć i wszystko staje się możliwe.
Moja praca w charakterze wolontariusza rozpoczyna się w szkole średniej. Na jednej z lekcji mieliśmy spotkanie z panią, która zajmuje się wolontariatem. Tłumaczyła nam jak wygląda praca wolontariusza, jakie są jego zadania. Po tym spotkaniu z ogromną chęcią zapisałam się do szkolnego klubu wolontariusza.
Po miesiącu miałam już pracę. Chodziłam do dziewięcioletniego chłopca. Moim zadaniem była pomoc w lekcjach. Daniel nie był do końca sprawny, gdyż miał poważne problemy zdrowotne. Nie chodził do szkoły, dwa razy w tygodniu przychodziły do niego panie nauczycielki, lecz to było za mało i chłopiec miał duże zaległości. Razem odrabialiśmy polski, czytaliśmy książki zaprzyjaźniliśmy się. Do Daniela chodziłam cały rok szkolny.
Potem w drugiej klasie pomagałam dwunastoletnim bliźniakom, Ani i Adasiowi. Dzieci te były zdrowe, po prostu nie radziły sobie z nauką i potrzebowały pomocy. Ta praca wyglądała zupełnie inaczej niż pierwsza. Polubiliśmy się od samego początku. Chodziłam tam dwa razy w tygodniu, zawsze z wielką ochotą. Między mną, a tymi dziećmi nawiązała się niezwykła więź. Pomagałam im w lekcjach, uczyniliśmy się razem i zawsze znajdowaliśmy czas na rozmowę. Mogliśmy rozmawiać godzinami i czas nam szybko płynął. W wolnej chwili opowiadali mi o szkole, chwalili się osiągnięciami i ze smutkiem mówili o swoich niepowodzeniach. Radzili się mnie i prosili o pomoc nie tylko związana ze szkołą i nauką a ja byłam szczęśliwa, że mogę im pomóc. Sprawiało mi to wielką przyjemność. Za każdym razem gdy przychodziłam, czekali na mnie. Ta praca wiele mnie nauczyła i sprawia, że stałam się lepszym człowiekiem. Do dziś utrzymujemy kontakt.
Teraz, gdy już jestem w klasie maturalnej poważnie myślę o swojej przyszłości i w pewien sposób szukam swojego miejsca na Ziemi. W dalszym ciągu chcę być wolontariuszem, lecz tym razem zaciekawiło mnie takie miejsce jak Hospicjum. Pracowałam już z dziećmi, teraz chciałabym doświadczyć jak wygląda praca ze starszymi, chorymi potrzebującymi pomocy. Zdaję sobie sprawę, iż jest to bardzo odpowiedzialne zadanie, lecz uważam, że sobie poradzę. Chorzy, starsi ludzie czują się samotni, opuszczeni, potrzebują kogoś, kto by był przy nich w tak ciężkich chwilach choroby. Osoby, która uśmiechem rozświetli ich życie. Czasem wystarczy tylko rozmowa, potrzymanie za rękę, by druga osoba poczuła się szczęśliwa. Zwykłe pytanie ”Jak się pani dziś czuje?” sprawia, że ta osoba wie, że jest dla kogoś bardzo ważna, że jest ktoś, kto się o nią troszczy. Cudowne jest usłyszeć słowa „Jak dobrze, że jesteś”.
HOSPICJUM WE WŁOCŁAWKU (Polskie Towarzystwo Opieki Paliatywnej)
Grażyna Maltzan – od obaw ku spełnieniu…
Wolontariuszką jestem od niedawna, więc nie zdobyłam jeszcze zbyt wielu doświadczeń w tej dziedzinie, ale… zaczną może od początku.
Mam 39 lat, z zawodu jestem ceramikiem wyrobów gotowych, obecnie jestem na rencie inwalidzkiej z powodu utraty wady wzroku. Jestem mężatką, mam ośmioletniego syna i to właśnie jemu do tej pory poświęcałam cały swój czas. Czuję się spełniona jako mama, uwielbiam zajmować się swoim dzieckiem, lecz ono zaczyna się usamodzielniać i ma już swój mały świat, w którym nie jestem mu niezbędna. A ja czuję potrzebę zajmowania się kimś, dlatego postanowiłam zgłosić się do wolontariatu.
Na początku byłam pełna obaw, nie miałam pojęcia jak taka praca wolontariusza wygląda. Zastanawiałam się, czy ja się do tego nadaję? Gdy dowiedziałam się, że będę odwiedzać osoby chore na raka, które bardzo cierpią, stwierdziłam, że nie podołam psychicznie. Widząc chorego jest mi bardzo smutno, a co dopiero rozmawiać z nim? Najbardziej bałam się właśnie tych rozmów. Mam być wsparciem dla cierpiącego pacjenta? A co będzie, jak to ja zacznę przy nim płakać?
Moją pierwszą podopieczną jest pani Jadzia. Pierwszy z nią kontakt był pełen niepokoju z mojej strony, lecz bardzo szybko cały lęk i obawy odpłynęły w nieznane. Spodziewałam się załamanej, zapłakanej i zrezygnowanej chorej, a okazało się, że pani Jadzia jest bardzo miłą, pogodną i lubiącą żarty osobą. Ma w sobie wiele ciepła i serdeczności. A najciekawsze jest to, że rozmowa i sama obecność przy chorej jest dla mnie przyjemna, wręcz kojąca. Pani Jadzia bardzo lubi rozmawiać i to o wszystkim. Nasze spotkania odbywają się zaledwie dwa razy w tygodniu i za każdym razem udaję się na nie z wielką przyjemnością. A moja podopieczna zawsze wita mnie uśmiechem.
Odkąd zdecydowałam się na taki rodzaj aktywności jaką jest wolontariat hospicyjny – mój wyimaginowany obraz hospicjum i ludzi objętych opieką hospicyjną diametralnie się zmienił. Chociaż jeszcze wszystkiego nie umiem, gdyż moja przygoda z wolontariatem zaczęła się zaledwie kilka miesięcy temu, to jestem pełna nadziei i optymizmu. Przede wszystkim już się nie boję, że nie będę wiedziała o czym rozmawiać z osobą chorą… po prostu – o życiu…
HOSPICJUM W MIECHOWIE
Ola – nie ma się czego bać
Dlaczego hospicjum? Zdecydowałam się przyjść do hospicjum, bo nigdy nie byłam w takim miejscu. Chciałam zobaczyć jak wygląda taka umieralnia. Po wejściu ośrodka z resztą mojej klasy i z siostrą na czele zobaczyłam, że to jest bardziej dom dla chorych niż miejsce podobne do szpitala. Zapisałam się na listę wolontariuszy. Chciałam zrobić coś dobrego, pomóc komuś. Naprawdę niewiele znam osób, które nie chciałyby komuś pomóc i czuć się przez to potrzebne. Nie wszystko mi się w życiu układa, ale tu, w hospicjum, widzę, że są ludzie, którzy mają o wiele gorsze życie, a mimo to potrafią się do nas uśmiechać. Ja czuję się tutaj potrzebna i wiem, że robię coś dobrego, pożytecznego.
Pierwszy dzień No cóż, minął już ponad rok odkąd jestem w wolontariacie i przychodzę do hospicjum. Ale pamiętam początki… Pierwszy raz pojawiłam się tu pod koniec października albo na początku listopada 2006r. Byłam przerażona i zdezorientowana. Stresowałam się tym, że coś źle zrobię. Nigdy wcześnie nie karmiłam starszej osoby. Bałam się to robić, tak jak innych rzeczy. Wydawało mi się, że ktoś będzie mnie oceniał i to, co robię. Myliłam się. Poznałam tu naprawdę świetnych ludzi, z którymi można zarówno porozmawiać poważnie, jak również pośmiać. Stwierdziłam, że podołam każdemu zadaniu. Z pomocą pań pielęgniarek, koleżanek i kolegów wszystko się udaje, a praca staje się przyjemniejsza. Każdy powinien choćby zobaczyć takie miejsce.